Trudno ich lubić, ciężko bez nich żyć | Artykuły ze świata pracy | Portal pracy Jobexpress.pl - Najkrótsza droga do pracy

Artykuły

Trudno ich lubić, ciężko bez nich żyć

#

 Strażak, profesor wyższej uczelni, lekarz, adwokat, żołnierz, to nieodmiennie zawody, które cieszą się dużym prestiżem i szacunkiem społeczeństwa. Do poprawnego funkcjonowania kraju potrzebni są także ludzie gotowi wykonywać pracę wiążącą się z negatywnym odbiorem i niechęcią obywateli. Jak na co dzień radzą sobie osoby podejmujące tego typu zajęcia, czy przywiązują uwagę do tego jak są postrzegani i czy rzeczywiście ich praca jest tak trudna, jak się wydaje? Postanowiliśmy przyjrzeć się temu z bliska.


Jak pies z kotem


Hycel, określenie o wyjątkowo pejoratywnym znaczeniu. W średniowieczu mianem tym określano czasami pomocnika kata. Hycel, zwany czasami również rakarzem zajmuje się odławianiem bezpańskich zwierząt, głównie psów i kotów błąkających się po ulicach miast i wsi. Przez wieki postać ta była demonizowana przez społeczeństwo. Istotnie metody stosowane dawniej przez persony zajmujące się wyłapywaniem bezdomnych zwierząt bywały bezpardonowe. Ze względu na to postać hycla zaczęła być uosabiana z nieczułym gruboskórnym brutalem. Wkrótce określenie to stało się obelgą. W uznawanym już za kultowy, opisującym losy okupowanej Warszawy, filmie pt: „Zakazane piosenki” słowo hycel, jak ulał pasuje do hitlerowskiego okupanta, prześladującego warszawiaków i dybiącego na ich życie. W ekranizacji powieści Henryka Sienkiewicza „Potop,” przypalany żywym ogniem Andrzej Kmicic nazywa swego prześladowcę rakarzem. Na pewien okres w dziejach naszego kraju profesja ta przestała istnieć. Do spisu zawodów powróciła w 1997 roku, kiedy to wyłapywanie i opieka nad bezdomnymi zwierzętami stała się obowiązkiem gmin. Obecnie nad zabezpieczeniem losu błąkających się bezpańsko zwierząt czuwają głównie wyspecjalizowane firmy, dysponujące profesjonalnym sprzętem i odpowiednim przeszkoleniem. Niektóre gminy decydują się na stworzenie własnych komórek zajmujących się problemem bezdomnych zwierząt. W skład takich grup wchodzą często wyszkoleni strażnicy miejscy, zootechnicy, czy weterynarze dbający, aby zwierzętom nie stała się krzywda. Oprócz wyłapywania psów, czy kotów zdarza się, że takie grupy, noszące czasem miano eko-patroli mają do czynienia z porzuconymi egzotycznymi zwierzętami. Głośne były przypadki łapania hasających po ulicach miast węży, jaszczurek, czy jadowitych pająków. Ludzie wykonujący tę pracę twierdzą na ogół, że sami kochają zwierzęta, a do stereotypowego postrzegania ich profesji zdążyli się już przyzwyczaić.


„Mnie chodzi tylko o dług…”


Komornik sądowy to zawód, który z całą pewnością cieszy się najgorszą sławą wśród społeczeństwa. Trudno się temu dziwić, jego działalność związana jest bowiem z egzekwowaniem należności wobec zadłużonym osób. Wykonywanie tego typu czynności w każdym przypadku wiąże się ze stawaniem oko w oko z ludzkimi tragediami i kłopotami. W mediach wciąż królują doniesienia na temat niezgodnego z prawem, czy też rozmijającego się z etyką zawodową działaniach komorników. Te trudne sprawy stały się swego czasu także inspiracją dla Grzegorza Łoszewskiego i Feliksa Falka, autorów głośnego, wielokrotnie nagradzanego dramatu pt: „Komornik.” Główny bohater, zagrany brawurowo przez Andrzeja Chyrę, młody, bezkompromisowy, pozbawiony skrupułów, twardy komornik, robiący błyskawiczną karierę zawodową, zmienia swe postępowanie na skutek przypadkowego spotkania z miłością sprzed lat. Tyle kino. W rzeczywistości w pracy komornika nie powinno być miejsca na osobiste refleksje, czy ambicje. Powoływany przez Ministra Sprawiedliwości komornik przy wykonywaniu swych obowiązków powinien ściśle przestrzegać przepisów kodeksu cywilnego oraz ustawy o komornikach sądowych i egzekucji. Nie jest to z pewnością zawód dla wrażliwych altruistów. W czasie pracy dochodzi do przeróżnych sytuacji, dlatego człowiek piastujący takie stanowisko musi charakteryzować się przede wszystkich dużą odpornością psychiczną, idealnie byłoby jednak, gdyby nie zapominał przy tym o pewnej dozie empatii i otwartości na problemy drugiego człowieka.


Podróż na „kanary”


Znienawidzeni przez wszystkich użytkowników komunikacji miejskiej, twardzi, nieugięci kontrolerzy biletów. Pojawiają się zawsze nieoczekiwanie, w najmniej dogodnym momencie, ich wkroczenie do autobusu wiąże się zawsze z rosnącym napięciem. Wypowiadane na głos, sakramentalne „bileciki do kontroli” przysporzyło już o palpitację serca niejednego pasażera. Emocje mijają, gdy uda nam się w przepastnych kieszeniach odnaleźć maleńki, skasowany bilet. Kłopoty zaczynają się dla tych, którzy z jakichś przyczyn nie posiadają ważnego biletu upoważniającego do przejazdu. W takich sytuacjach nie ma co liczyć na pobłażliwość, kontrolerzy niepomni na tłumaczenia, pośród wtóru docinek ze strony innych pasażerów wystawiają wówczas kredytowany mandat za jazdę „na gapę.” Niewybredne uwagi i docinki osób znajdujących się w autobusie, to stały element folkloru z jakim muszą mierzyć się na co dzień kontrolerzy, zwani pogardliwie „kanarami.” Oprócz tego są oni często narażeni na wulgarne wyzwiska, a nawet napaści i przemoc fizyczną. Rola jaką pełnią jest zaprawdę niewdzięczna, spełniają jednak ważne zadanie. Dzięki ich pracy przedsiębiorstwa zajmujące się transportem są w mniejszym stopniu narażone na straty finansowe, wynikające z nieuiszczenia opłaty za przejazd. Biorąc pod uwagę, że to między innymi z tych środków finansowane są zakupy nowego taboru, od ich pracy zależy komfort podróży.

Łukasz Sikora
Foto: Phillie Casablanca/cc

 

Podziel się: